baner.pracdem.stary

EURO 2012: Telewizory milionów i loże miliarderów

| 1 czerwca 2012

W czerwcu nie ma ucieczki przed Euro 2012. Im bliżej samego wydarzenia, tym bardziej w mediach kolejno na drugi, trzeci i czwarty plan  schodziły sprawy problemów i niedomagań związanych z realizacją różnych Euro-budów. Kwestie ewentualnych protestów społecznych także zagłuszyła hałaśliwa produkcja radosno-patriotycznej atmosfery. Po co budzić niesmak jakimiś tam protestami i narzekaniami – cała Polska wspierać ma przecież nasze idące w bój biało-czerwone orły.

Szczęśliwie, mimo wielkiego medialnego Euro – przemysłu, duża część ludzi zachowuje zdrowy dystans wobec całego wydarzenia. Przynajmniej u progu mistrzostw trudno było uznać, że atmosfera hurrapatriotycznego machania chorągiewkami udzieliła się większości. Nie znaczy to, że Euro 2012 nie dotknie w jakiś sposób codziennego sposobu życia tej większości, choć chyba niewiele bardziej niż wcześniejsze olimpiady czy piłkarskie mistrzostwa. Każde takie wydarzenie niesie bowiem jakąś inność, odmianę od monotonii codzienności, szczególnie gdy ilość dostępnych zwykłemu człowiekowi rozrywek jest ograniczona. Wielu ludzi znajdzie więc w meczach Euro chwilową ucieczkę od mozolnej pracy, od braku pieniędzy, od problemów rodzinnych i od wielu innych podobnych spraw, by choć na półtorej godziny przeżyć rodzaj zastępczych emocji w świecie piłki nożnej. W większości zasiadamy więc, na dłużej lub krócej, przed telewizorami – rzadziej w strefach kibica, a jeszcze rzadziej na stadionach – w celu krótkiego zapomnienia o rzeczywistości.

Jednak rozumiejąc, bez cienia arystokratycznej pogardy, przyjemność obejrzenia meczu, najlepiej z przyjaciółmi przy piwie i chipsach, nie zapominajmy, że wielkie imprezy sportowe w stylu Euro 2012 nie są neutralnymi politycznie wydarzeniami, które – jak twierdzą nasi rządzący – niosą wszystkim radość i korzyści. Powszechnie wiadomo, że piwo i chipsy to nie jest zdrowa żywność, a na paczkach papierosów sam minister zdrowia ostrzega o szkodliwości palenia. O szkodliwości Euro 2012 r. niewiele jednak usłyszymy z oficjalnych źródeł. Sami musimy więc spojrzeć, co się kryje pod wszechobecnymi patriotycznymi barwami i korporacyjnymi symbolami.

Kto zarobi?

Euro 2012, jak każde wielkie wydarzenie sportowe, to przede wszystkim wielki biznes. Miasta-gospodarze nie przypadkiem zostały poobklejane reklamami Coca-Coli, McDonalds’a czy Carlsberga łączonymi z logo mistrzostw, są to bowiem jedni z „oficjalnych sponsorów” turnieju. Ci oficjalni sponsorzy mają monopol na reklamę i obsługę kibiców na stadionach czy w strefach kibica. Dlatego McDonald’s postawił np. w centrum Warszawy, na środku pl. Defilad,  prowizoryczną budę. Dlatego też ktoś idący na mecz z własnym prowiantem (nie daj Boże z logo jakieś innej korporacji niż „oficjalna”) może mieć problem. I dlatego żadna drużyna nie mogła trenować na nowym stadionie warszawskiej Legii, czyli „Pepsi Arenie” wybudowanej za blisko 400 mln… z miejskich pieniędzy. Veto zgłosiła Coca Cola. Warszawski samorząd musiało więc wydać 1,2 mln na niewielki remont i wymianę trawy na dużo skromniejszym stadionie warszawskiej Polonii. Może wydać się to jednak drobnym wydatkiem, gdy dowiemy się, że strefa kibica w tym mieście kosztowała aż 35 mln, z czego 23 mln wyłożyło miasto.

Oficjalni sponsorzy płacą za tę monopolizację i reklamową kolonizację miast nie budżetom miejskich samorządów, czy nawet polskiego państwa, ale Europejskiej Unii Federacji Piłkarskich (UEFA) – czyli takiemu PZPN-owi do potęgi n-tej, przy której polski związek jawi się jako wzór umiaru i cnotliwości. W Polsce i na Ukrainie UEFA ma zarobić ok. 2,5 mld euro, które zwolnione zostały od części podatków. Jak donosił Puls Biznesu (5. 06. 2012), rzeczniczka prasowa resortu finansów Małgorzata Brzoza informowała, że „państwa ubiegające się o organizację Euro 2012 podczas negocjacji musiały przedstawić określoną ofertę”, a „wśród wymagań UEFA było podpisanie gwarancji m.in. zwolnienia z podatków dochodowych, VAT, akcyzy, podatków lokalnych oraz ceł”. Początkowe gwarancje miały zostać udzielone UEFA w maju 2006 r. przez Zytę Gilowską, odpowiedzialną za finanse w rządzie Jarosława Kaczyńskiego. Natomiast obecny rząd wydał w lutym 2011 r. rozporządzenie zwalniające UEFA z podatku dochodowego od osób fizycznych i prawnych.

Czyim kosztem?

Jednocześnie infrastruktura związana z przygotowaniem mistrzostw pochłonęła gigantyczne pieniądze państwowe i samorządowe. Według gazety światowego biznesu Financial Times, polski rząd zainwestował ok. 30 mld dolarów w stadiony, lotniskai autostrady. Tylko wybudowanie czterech stadionów kosztowało ok. 4,5 mld zł., z czego blisko 2 mld pochłonął Stadion Narodowy w Warszawie, na którym rozegranych zostanie na mistrzostwach 5 meczów, a po imprezie prawdopodobnie trzeba będzie dopłacać do jego utrzymania.

No, ale rząd przecież mówi, że dokonaliśmy cywilizacyjnego skoku, z którego wszyscy skorzystamy. Być może stadiony nie są najważniejszą rzeczą na świecie, ale przecież we Wrocławiu i Warszawie wyremontowano dworce, w Poznaniu postawiono nowy dworcowy budynek, są nowe hale lotnisk i nawet pierwsza od 1987 r. zbudowana linia kolejowa łącząca warszawskie lotnisko z centrum miasta. Udało się też zapewnić „przejezdność” budowanej z ciągłymi przygodami autostrady A2. Po co więc narzekać?

Problem w tym, że wszystkie inwestycje zostały prowadzone w oparciu o priorytet przeprowadzenia piłkarskich mistrzostw Europy. Wszystko, co nie pasowało do tego wzoru, pozostawiono bez pieniędzy. Z pewnością można dyskutować, czy akurat budowa autostrady do stolicy, a nie np. remont dramatycznie upadającej infrastruktury kolejowej, szczególnie poza głównymi trasami, powinien być pierwszorzędną inwestycją. Czy akurat nowe hale lotnisk są ważniejsze niż np. sieć zabezpieczeń przeciwpowodziowych.

Co jednak nawet ważniejsze, wszystkie Euro-inwestycje – i te bardziej przydatne i te zupełnie absurdalne – prowadzono ogromnym kosztem cięć wydatków na rzecz podstawowych potrzeb oraz rosnącego zadłużania się samorządów.

Według szczegółowo badających tę sprawę dziennikarzy Przekroju (4. 06 2012) w Gdańsku miasto poszukując oszczędności zlikwidowało m. in. dotację do remontów mieszkań komunalnych i dąży do oddania odpowiedzialności za 26 szkół w ręce organizacji pozarządowych, we Wrocławiu zamknięto szereg połączeń tramwajowych i podniesiono cenę biletów o 25%, a w Poznaniu zamrożono wydatki na instytucje opiekuńczo wychowawcze oraz zlikwidowano kilkanaście szkół, przedszkoli oraz młodzieżowych domów kultury.

 

Do tego dochodzi jeszcze Warszawa, z jej programem cięć wydatków samorządowych na przełomie 2011 i 2012 r., z podwyżkami cen biletów w komunikacji miejskiej, drastycznym wzrostem opłat za żłobki, podwyżkami cen i likwidacją przedszkoli oraz nawet szerzej zakrojoną likwidacją szkół. Wszystkie z tych miast są bardzo zadłużone, zaciągając nowe imponujące kredyty z powodu Euro 2012. Np. we Wrocławiu kredyt będzie spłacany do 2024 r.

Jednocześnie wszystkie miasta-gospodarze wydały miliony na strefy kibica (7,5 mln zł. we Wrocławiu, 18 mln w Poznaniu) i związaną z mistrzostwami „promocję”. Być może hotelarze, restauratorzy i właściciele agencji towarzyskich na Euro 2012 zarobią. Resztę czeka jednak z tego powodu jeszcze wiele lat wyrzeczeń, gdy trzeba będzie spłacać Euro-długi.

 

Zastrzyk ideologiczny

Przy okazji Euro 2012 zwykli ludzie nie są tylko przedmiotem ataków ekonomicznych, ale też ideologicznych. Sport zawsze pełnił funkcje polityczne w tym sensie, że cementował „narodową” wspólnotę. Mówiąc inaczej cementował biednych i bogatych, pracowników i kapitalistów, władzę i resztę społeczeństwa, wokół popierania określonych barw plemiennych.

Patriotyzm pełni kluczową funkcję w społeczeństwie kapitalistycznym. Bez niego to rozdarte podziałami klasowymi społeczeństwo nie mogłoby istnieć. Przy okazji każdych wielkich sportowych igrzysk bombardowani jesteśmy więc ideologią patriotyzmu, a skoro turniej tym razem odbywa się m. in. w Polsce, otrzymujemy jego zwiększoną dawkę.

Jak się dowiadujemy z telewizji, wszyscy mamy być „gospodarzami Euro”. Nawet producent piwa „Warka” promuje w reklamach śpiewanie hymnu. Oczywiście, jakiekolwiek protesty w czasie mistrzostw mają być niepatriotyczne, bo przecież mamy pokazać światu, jacy jesteśmy fajni i radośni. „Wszyscy jesteśmy drużyną narodową” – to kolejne hasło – i kiedy polscy oligarchowie i polscy bezdomni malują sobie twarze na biało-czerwono wydaje się, że tak właśnie jest.

Faktycznie jednak kryje się pod tym oczywiste oszustwo, które maskować ma fakt, że żyjemy w systemie opartym na wyzysku i bynajmniej nie jesteśmy i nigdy nie będziemy jedną drużyną. Nie każdy z międzynarodowego grona kibiców zasiądzie w stadionowych lożach wynajętych za miliony euro przez rozmaitych oligarchów z całej Europy. Nie każdy pojedzie też pasami szybkiego ruchu zarezerwowanymi dla skorumpowanych biurokratów z UEFA, polityków, biznesmenów i innych „gości specjalnych”. Samo istnienie tych ludzi pokazuje jak marnym pomysłem jest występowanie wraz z nimi pod jednymi barwami.

Gdy korzystamy w różnego rodzaju używek, nie jesteśmy naiwni myśląc, że ci, którzy je produkują i sprzedają, robią to dla naszego dobra, a nie we własnym interesie. Nie inaczej jest z Euro 2012. Nawet znajdując chwilę radości i zabawy w oglądaniu igrzysk, ani na chwilę nie zapomnimy, że nie mamy nic wspólnego z panującymi, którzy te igrzyska organizują.

Filip Ilkowski

Category: Gazeta - lato 2012

Comments are closed.