baner.pracdem.stary

Po 5-ciu latach nie widać końca globalnego kryzysu – Nie płaćmy za chciwość wielkiego biznesu

| 1 września 2012
21.082. Warszawa. Demonstracja Pracowników ZA Puławy

21.082. Warszawa. Demonstracja Pracowników ZA Puławy

9 sierpnia minęło pięć lat od początku obecnego kryzysu globalnego – i po pięciu latach ciągle nie widać jego końca.

  Kryzys kredytowy (credit crunch) nastąpił po tym, jak francuski bank BNP Paribas wycofał się z handlowania kredytami hipotecznymi sub-prime.To zmusiło Europejski Bank Centralny do wpompowania dziesiątek miliardów euro do banków strefy euro. Amerykański Fed i inne banki centralne zrobiły podobnie. Nieco ponad rok później globalny kryzys osiągnął katastroficzne wymiary wraz z upadkiem giganta finansowego Lehman Brothers.

Gdy 9 maja 2010 r. Unia Europejska i Międzynarodowy Fundusz Walutowy ogłosiły finansową pomoc dla Grecji stało się jasne, że mamy do czynienia z kryzysem długu państwowego. Państwowa interwencja zdołała uratować banki (i inne korporacje) – teraz te banki żądały, by państwa spłaciły swoje długi wobec nich.

Dziś nie widać końca kryzysu strefy euro, przeciwnie kryzys się pogłębia.

Ostatnia nadzieja optymistycznych ekonomistów to gospodarki wschodzące jak Brazylia i przede wszystkim Chiny. Tu także pojawiły się poważne problemy – te gospodarki zaczęły gwałtownie hamować.

Brazylijska gospodarka rosła 7,5% w 2010, a w tym roku spodziewany wzrost wyniesie poniżej 2%.

W tym roku, pierwszy raz w nowym milenium, chiński wzrost może spaść poniżej 8% – chińskie PKB wzrosło jedynie o 7,6% w drugim kwartale 2012 r. Wygląda to nieźle w porównaniu z obecnym kurczeniem się gospodarki Unii Europejskiej o 0,6%, jednak jest to kolejny znak, że światowa gospodarka nie może wydostać się z kryzysowego bagna. Potwierdzają to ostatnie dane z największej gospodarki świata – USA – mówiące o spowolnieniu wzrostu do 1,5%.

W Polsce w drugim kwartale tego roku wzrost PKB spadł do poziomu 2,4% z 3,5% – dużo więcej niż spodziewali się ekonomiści.

 

Co się dzieje?

Rządzący udają, że najważniejszym źródłem bogactw są głowy ludzi biznesu. Gdyby tak było naprawdę to wystarczyłoby poczekać na genialne pomysły polskich i zagranicznych kapitalistów i kryzys zostałby zakończony.

Piarowcy kapitalizmu nie chcą i nie mogą przyznać, że praca zwykłych ludzi tworzy wszelkie realne zyski w ich systemie – gdyby tak zrobili podważyliby sens swojego działania.

Ludzie biznesu i politycy głównego nurtu wiedzą jednak, że gdy mnożą się problemy gospodarcze sięganie do kieszeni pracowników zwiększy przydział PKB na rzecz kapitału – jak gdyby podświadomie wyczuli, że pracownicy są źródłem zysków. Stąd cięcia socjalne, zwolnienia, obcięcia pensji, wydłużenie wieku emerytalnego.

Niestety dla klasy dużego biznesu takie metody nie rozwiązują ich problemów. W czasie dzisiejszego hamowania gospodarczego zabieranie pracownikom ile się da, zwiększenie wyzysku, nie przynosi wzrostu gospodarczego  i nie ratuje przed  pogłębianiem się kryzysu.

Decydenci nie chcą inwestować w produkcję, ponieważ nie doświadczają poprawy i nie widzą perspektywy wzrostu. Tak się dzieje dzisiaj w Polsce. “Spowolnienie inwestycji jeszcze się pogłębi w najbliższych kwartałach, kiedy to spadek inwestycji publicznych w drugiej połowie tego roku będzie w pełni widoczny” – mówi ekonomistka HSBC Agata Urbańska (wyborcza.pl. 31.08.12)

Ludzie stojący na czele starzejącego się światowego kapitalizmu stoją przed poważnym dylematem. Chcieliby by wielkie firmy (i kraje!), które nie są konkurencyjne upadły by pozwolić innym jednostkom kapitału podzielić się resztkami ich zasobów jak sępy. Wtedy mogliby inwestować i zarabiać większe zyski w odświeżonym i oczyszczonym systemie.

Jednak tu mamy do czynienia ze zjawiskiem “za duży by upaść”. Gdyby rządy największych państw pozwoliły na upadek zbyt wielu wielkich firm i instytucji finansowych  nastąpiłby efekt domina i upadłyby nawet rentowne korporacje powodując jeszcze większą katastrofę.

Więc tutaj “za duże by upaść” jest w sprzeczności z “za duże by nie upaść” – wielkie banki i korporacje powinny upaść dla zdrowia systemu (oczywiście przy ogromnych kosztach dla zwykłych ludzi) ale pozwolenie na to zwiększy kryzys. Stąd zakłopotanie rządów najpotężniejszych państw.

Rząd szykuje drastyczne cięcia

W 2009 polska gospodarka była jedyną w Unii Europejskiej która nie zanotowała recesji. Tusk i ministrowie bez przerwy mówili o zielonej wyspie. Pomogło, że najpotężniejsza gospodarka w Europie – niemiecka – szybko wydobyła się z recesji. Dziś jednak niemiecka gospodarka spowolniła. W dodatku trwa kryzys Unii Europejskiej.

Dzisiaj polska gospodarka nie wygląda tak różowo dla Tuska. Z wypowiedzi kręgów rządowych wynika, że możemy się spodziewać nasilenia ataków: “Proste rezerwy cięć już wyczerpaliśmy. Ale możemy wysłać rynkom finansowym komunikat, że robimy reformy, co na pewno pozytywnie wpłynie na ocenę naszej wiarygodności – mówi rozmówca z kancelarii premiera”

(wyborcza.pl 13.08.12).

Walka przeciw atakom

Jedyny sposób by odeprzeć ataki rządu (“reformy”) to intensyfikacja ulicznych protestów i przede wszystkim strajków.

Lokalne strajki bywają zwycięskie nawet w dzisiejszych trudnych warunkach wzrastającego bezrobocia. Im więcej jest lokalnych akcji tym skuteczniej można naciskać na liderów związkowych by ci wezwali do masowych strajków.

Lider Solidarności Piotr Duda ma dziś wizerunek najbardziej bojowego lidera związkowego, za co jest lubiany przez członków Solidarności i innych pracowników. Wypowiada się ostro przeciw rządowi, zorganizował oblężenie Sejmu w odpowiedzi na nie wpuszczenie związkowców do gmachu parlamentu.

Jednak Duda ucieka od większej konfrontacji z rządem.

Pytany o strajk generalny w wywiadzie dla Przekroju (26.08.12) powiedział: “Taki strajk na pewno moglibyśmy przeprowadzić, przynajmniej ostrzegawczy, ale nie mamy prawnej możliwości. Gdyby ludzie zastrajkowali, to pracodawca by ich po prostu zwolnił. Nie możemy zrobić strajku generalnego wobec rządu polskiego, tak jak związki w innych krajach, bo zabrania nam tego ustawa o związkach zawodowych.”

To brzmi fatalnie z ust lidera związku zawodowego, który powstał ponieważ zdeterminowani pracownicy go stworzyli nie bacząc na “prawne możliwości”.

Można Dudę lubić, ale trzeba też wymagać od niego organizowania masowych strajków. Happeningi i demonstracje mogą być skuteczne tylko jeśli doprowadzą do takich strajków.

 

Szkodliwe związki

z prawicą

Zamiast mobilizować do akcji strajkowej Duda chce by Solidarność przyłączyła się 29 września do demonstracji “Obudź się Polsko”, organizowanej przez PiS i ludzi związanych z Tadeuszem Rydzykiem.

Nie jest to dobrym pomysłem –  przeciwnie. To związek powinien gromadzić ludzi wokół siebie w proteście przeciw rządzącym a nie stać się ogonkiem dla PiS, który rządząc wcale nie prowadził polityki prospołecznej – m.in. obniżył podatki dla najbogatszych.

Pytany o PiS w ww. wywiadzie Duda powiedział: “Prezes Kaczyński, oficjalnie, przy całej Komisji Krajowej zapowiedział, że ustawa „67” zostanie wyrzucona do kosza.” Tak nie można. Brać takiego cynicznego polityka jak Kaczyński za słowo to prowadzenie pracowników na manowce.

Wspieranie Rydzyka jest również poważnym błędem. Telewizja Trwam i Radio Maryja tego księdza-biznesmena przekazują skrajne treści rasistowskie, antykobiece i homofobiczne. To godzi w rację bytu związków zawodowych, którą można skwitować hasłem “w jedności siła”.

Tuskowi jest na rękę, by Solidarność, czyli związek zawodowy, który organizuje najwięcej strajków w Polsce, marnowała energię na takie szkodliwe działania.

Inna polityka

Potrzebna jest wyraźna polityczna alternatywa nie tylko wobec PO i PiS lecz także wobec Millera i Palikota. Jest potrzebna bo inaczej zostawimy pole politykom głównego nurtu, co z kolei osłabi efekt buntów społecznych. Żadna z partii sejmowych nie popiera masowych strajków.

Żeby budować polityczną alternatywę trzeba angażować się w protestach – np. studenckich, kampaniach przeciw cięciom i przeciw eksmisjom – budując ich liczebność i zasięg. Przede wszystkim trzeba angażować się w pracownicze akcje protestacyjne niezależnie od tego, który związek zawodowy stoi na ich czele.

Pracownicza Demokracja chce współpracować z każdym, kto chce stworzyć taką alternatywę.

 

 

Category: Gazeta - wrzesień 2012

Comments are closed.