baner.pracdem.stary

Związki partnerskie – Walczmy o równość!

| 1 lutego 2013
27.01.13 Sejm. Protest przeciw homofobii.

27.01.13 Sejm. Protest przeciw homofobii.

25 stycznia 2013 r. Sejm odrzucił wszystkie trzy wniesione projekty ustaw w sprawie związków partnerskich. To kwestia szczególnie istotna dla osób o odmiennej orientacji seksualnej niż heteroseksualna.

Uregulowanie prawne tego rodzaju związków przyznałoby im bowiem przynajmniej niektóre z ludzkich praw, których są obecnie pozbawieni, a które przysługują osobom o orientacji heteroseksualnej. Są to m.in. prawa do: odwiedzin chorego partnera w szpitalu, informacji o jego stanie zdrowia, do decydowania w kwestii dalszego leczenia partnera, w sytuacji gdy ten utracił świadomość. Są to też prawa do wspólnego wychowywania dzieci (żaden z odrzuconych przez polski Sejm projektów nie przewidywał tego prawa, niemniej funkcjonuje ono w różnych krajach), wspólnego opodatkowania czy dziedziczenia emerytury czy renty po zmarłym partnerze. Wszystkie te prawa przysługują małżeństwom.

Ponieważ według polskiego prawa (z konstytucją na czele) małżeństwo jest „związkiem kobiety i mężczyzny”, oczywiste jest, że są ich pozbawione osoby o innej, niż heteroseksualna orientacji seksualnej. Mamy tu do czynienia z ewidentnym przykładem dyskryminacji. Stanowi to sprzeczność z zadeklarowanym w konstytucji „zakazem wszelkiej dyskryminacji”. Cóż, to nie jedyna to sprzeczność burżuazyjnej „demokracji” parlamentarnej…

Posłowie (zwani przez naiwnych „reprezentantami narodu”) nie pierwszy już raz wykazali się tępotą, prymitywizmem i arogancją. Nową „gwiazdą” polityki głównego nurtu stała się koszmarna Krystyna Pawłowicz, posłanka PiS. Jest to postać z gatunku: „jeśli by jej nie było, należałoby ją wymyślić”. Bardziej przypomina groteskowe uosobienie homofobii, obskurantyzmu i arogancji ludzi władzy, niż rzeczywistą istotę ludzką z rozumiem i uczuciami.

Pawłowicz jest nie tylko posłanką, ale również doktorem habilitowanym nauk prawnych i (co najśmieszniejsze) byłą sędzią Trybunału Konstytucyjnego. Jej bardzo tanie „mądrości” w rodzaju: „Społeczeństwo nie może fundować słodkiego życia nietrwałym, jałowym związkom osób, z których społe­czeń­stwo nie ma żadnego pożytku, tylko ze względu na łączącą ich więź seksualną. Zjawisko związków jednopłciowych jest sprzeczne z naturą” stały się z jednej strony przedmiotem powszechnego oburzenia, a z drugiej kpin.

Nie pozbawiło jej to jednak animuszu i wielkiego samozadowolenia: „Ale co mnie obchodzi, że gdzieś coś się dzieje (chodzi o istnienie prawnie usankcjonowanych związków partnerskich i małżeństw jednopłciowych w wielu krajach)! Że gdzieś ludzie i społeczeństwa chorują. Badania i raporty, z którymi mogliśmy się zapoznać, pokazują, że to nieszczęście. Takie dzieci wychowują się źle, nie są w stanie założyć rodziny, częściej popełniają samobójstwa, nie mogą odnaleźć się w społeczeństwie, są bardzo często wykorzystywane seksualnie. Trzeba spojrzeć w sposób naturalny, nawet doświadczenie myślowe sobie zrobić. Dwaj faceci, którzy mają skłonność do facetów, biorą sobie dziecko i kogo wychowują? Kolejnego homoseksualistę! Dziecko, które nie zna matki czy ojca, nie zna naturalnej rodziny, jest ogromnie nieszczęśliwe. Co więcej, mam nadzieję, że kiedyś powstanie urząd, który będzie robił wszystko, żeby homoseksualiści nigdy nie mogli otrzymać dziecka na wychowanie.

Pani posłanka-doktor habilitowana widocznie nic nie wie o aktach przemocy występujących zdecydowanie częściej w „normalnych”, „zdrowych”, heteroseksualnych rodzinach. Cierpienie dzieci skrzywdzonych w takich rodzinach nie ma – jak widać – dla niej żadnego znaczenia.

Odrażająco-homofobiczna Pawłowicz nie jest jednak jakąś osobliwością, odosobnionym przypadkiem. Jej poglądy są reprezentatywne dla polskiej tzw. „klasy politycznej”. Nie ona jedna przecież głosowała przeciwko nawet częściowemu ograniczeniu dyskryminacji osób nie-heteroseksualnych. Przeciw uregulowaniu statusu związków partnerskich głosowały nie tylko tradycyjnie homofobiczne PiS, Solidarna Polska i PSL, ale także część posłów rzekomo „tolerancyjnej” i „postępowej” PO. Uchodzący za lidera tzw. „konserwatywnego skrzydła PO” Jarosław Gowin przeciwny był podpisaniu przez Polskę „Konwencji Rady Europy w sprawie zapobiegania i zwalczania przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”: „Podpisanie i ratyfikacja konwencji Rady Europy (…) otwiera w Polsce furtkę środowiskom feministycznym i związkom partnerskim rozumianym jako związki homoseksualne. Co gorsze, podpisanie konwencji RE zobowiązywałoby Polskę do promowania postaw homoseksualnych i aktywnego zwalczania poglądu, że małżeństwo, to jest związek kobiety i mężczyzny, a przecież taki pogląd jest wpisany w polską konstytucję. (…) Nie chcę, żeby w Polska była przymuszana do promocji homoseksualizmu.

Weteran prawicowego oszołomstwa – Stefan Niesiołowski (również poseł PO, głosował wprawdzie za przyjęciem, niezwykle zachowawczego projektu PO, ale jedynie z rozkazu swego pana – Tuska) – jest wielce niezadowolony z faktu, że w Polsce istnieją homoseksualiści: „Chciałbym aby nie było w Polsce homoseksualistów, ale są i trzeba nad tym faktem przejść do porządku dziennego (…) Tak, chciałbym, żeby nie było homoseksualistów, konkubentów, rozwodów, ale są! W związku z tym polityk musi stanąć wobec tej rzeczywistości. Jestem przeciwko małżeństwom, temu cyrkowi całemu, temu, że kobieta przebiera się za mężczyznę, tym paradom, prowokacyjnemu zachowaniu.” Wykazał się jednak na tyle dobrą wolą, że nie wystąpił z inicjatywą „Ostatecznego rozwiązania kwestii homoseksualistów”. Uff…

Nasuwa się pytanie dlaczego związki partnerskie (szczególnie osób nie-heteroseksualnych), a także małżeństwa jednopłciowe mogą stanowić taki problem (zwłaszcza dla klasy panującej)? Często próbuje się wyjaśnić tę sprawę (także na lewicy) ludzką niewiedzą, „ciemnotą” czy też tzw. „przesądami religijnymi”.

Sama postać “pani profesor” Pawłowicz przekreśla często wyrażany pogląd, że homofobia, czyli dyskryminacja osób homoseksualnych, (podobnie jak mizoginia, czyli poniżający stosunek do kobiet), miałaby być „charakterystyczna” dla „zacofanej” przemysłowej klasy robotniczej, w przeciwieństwie do „postępowej” klasy średniej związanej z tzw. „gospodarką opartą na wiedzy”.

Gdyby to była prawda, wystarczyłaby edukacja w dziedzinie sfery seksualnej człowieka. Z pewnością nie sposób zanegować konieczności przekazywania społeczeństwu (a szczególnie młodym ludziom) tego typu wiedzy. Podobnie jak w sferze praw mniejszości seksualnych, praw reprodukcyjnych (m.in. prawa do aborcji), także w dziedzinie ogólnej edukacji seksualnej Polska znajduje się daleko w tyle, w porównaniu do wielu krajów (nie tylko tych najbardziej postępowych w tych sprawach).

Niemniej problemu homofobii (i innych problemów mających związek ze sferą seksualną człowieka) nie można sprowadzić do niedostatecznej edukacji. Nie wyjaśnia to zwłaszcza oporu wobec edukacji seksualnej na odpowiednim poziomie w wielu środowiskach, ze względu na zagrożenie dla „tradycyjnego modelu rodziny”.

Czynnikiem wyjaśniającym nie może być również religia (przynajmniej nie całkowicie). To prawda, że Kościół Katolicki zajmuje wyjątkowo reakcyjne stanowisko w kwestii życia seksualnego człowieka. Podobnie zresztą jak wiele innych organizacji religijnych. Mamy jednak również przykłady związków wyznaniowych zajmujących bardzo postępowe stanowiska w tej sprawie, łącznie z udzielaniem błogosławieństw parom jednopłciowym (np. protestancki Kościół Szkocji czy większość kościołów starokatolickich). Z drugiej strony mamy przykłady reżimów wykazujących pogardę dla religii (przynajmniej w jej tradycyjnie rozumianej formie). Zarówno niezbyt religijne reżimy: nazistowski w Niemczech i faszystowski we Włoszech, jak i urzędowo-ateistyczny reżim w stalinowskiej Rosji, brutalnie represjonowały mniejszości seksualne i uważały ciało kobiety za własność państwową, za środek do reprodukcji siły roboczej i wojskowej.

Prawdziwe przyczyny seksualnej przemocy należy wiązać z klasowym charakterem społeczeństwa , a tym samym – jako jego części – rodziny. W dzisiejszym systemie „tradycyjną rodzinę” należy widzieć przede wszystkim jako podstawową jednostkę reprodukcji siły roboczej. Dla kapitału wygodnie jest przerzucić ten problem na samych pracowników. Przy chronicznym niedorozwoju społecznych instytucji opie­- kuńczych (żłobki, przedszkola), problem opieki nad dziećmi spada przede wszystkim na kobiety, które są przez to często pozbawione możliwości rozwoju zawodowego lub poza pracą zarobkową są zmuszone do wykonywania prac domowych.

Drugą ważną funkcją rodziny jest ideologiczne podtrzymywanie społeczeństwa klasowego. Oparta na nierówności między ludźmi rodzina, zaszczepia w ludziach szacunek do hierarchicznego porządku społecznego, do państwa, do klasy rządzącej. W związku z tym, każdy atak wymierzony w „tradycyjny model rodziny”, w „heteronormatywny porządek” będzie przez rządzących widziany jako atak wymierzony w nich samych.

Rewolucyjnym socjalistom nie wolno – z oportunistycznych powodów – tolerować przykładów homofobii i mizoginii – występujących także w ruchu pracowniczym i na lewicy. Nie jest to żaden „temat zastępczy”, ale jedna z elementarnych ludzkich spraw. Nie będzie wolnym społeczeństwo, w którym jakikolwiek człowiek będzie zniewolony pod jakimkolwiek względem, a zwłaszcza w tak ważnej, najintymniejszej sprawie, jaką jest życie seksualne.

Dlatego walka o zniesienie opresji i dyskryminacji w sferze seksualnej musi iść w parze z walką o zniesienie wyzysku ludzkiej pracy.

Michał Wysocki

Category: Gazeta - luty 2013

Comments are closed.