baner.pracdem.stary

Gorąca Bułgaria

| 1 marca 2013
02.2013 Sofia

02.2013 Sofia

 A jednak można! I to nie gdzieś na Zachodzie, gdzie podobno ludzie chętniej wychodzą na ulice, ale w Bułgarii. Tej samej Bułgarii, która za czasów “realnego socjalizmu” była najmniej buntowniczym barakiem Bloku Wschodniego. Tej samej, o której rozmaici eksperci mogliby wiele pisać na temat “niedostatecznej budowy społeczeństwa obywatelskiego” mającej wyjaśniać apatię społeczną. I właśnie w tym niespełna 8-milionowym państwie setki tysięcy ludzi wyszło na ulicę przeciw drastycznym podwyżkom cen prądu, co spowodowało nie tylko upadek rządu, ale poważny kryzys polityczny. 

Ceny prądu w Bułgarii wzrosły od stycznia ponad dwukrotnie. Sprywatyzowany sektor energetyczny znajduje się tam w rękach wielkich koncernów z Czech i Austrii. Centroprawicowy rząd Bojko Borysowa mylił się jednak sądząc, że podwyżki jakoś zostaną przełknięte, a on sam uniknie za nie odpowiedzialności. Gdy tylko ludzie otrzymali styczniowe rachunki za prąd, wybuchły protesty. Organizowane były one oddolnie, głównie poprzez portale społecznościowe w internecie.

17 lutego doszło do demonstracji w całej Bułgarii pod hasłem: “Koniec apatii”. Największe z nich miały miejsce w stolicy, Sofii i znanej letnim turystom Warnie. Celem demonstrantów były nie tylko centra miast czy obiekty rządzone, ale i siedziby koncernów energetycznych. Dzień później w Sofii doszło do gwałtownych starć z policją trwających do późnej nocy. Budynek parlamentu obrzucony został kamieniami. Już nie tylko rachunki za prąd były palone, ale i samochody należące do znienawidzonych koncernów. Dwie osoby w desperacji podpaliły same siebie.

W wyniku protestów rząd zapowiedział obniżkę cen prądu o 8%. Zgodził się też na odebranie licencji  czes­kiemu koncernowi ČEZ, a nawet na odtajnienie umów zawartych z koncernami przesyłającymi prąd. Odrzucił jednak kluczowe żądanie – renacjonalizacji infrastruktury przesyłowej – co faktycznie podważyłoby całą politykę prywatyzacyjną lat transformacji. Ostatecznie 20 lutego rząd podał się do dymisji mając nadzieję, że rozpisanie nowych wyborów uspokoi sytuację i pomoże uratować skórę partii rządzącej.

 

Bułgaria podobna do Polski

Bułgaria ostatniego dwudziestolecia nie jest aż tak różna od Polski. Tam też nadzieje wyborców przenosiły się na kolejne siły polityczne, które następnie te nadzieje zawodziły. W 1997 r. protesty społeczne przyczyniły się do upadku rządów nawróconych na neoliberalizm postkomunistów wynosząc do władzy prawicową koalicję. Jej rządy skończyły się porażką wyborczą. Gwiazdą kolejnego sezonu był dawny car Symeon II, przedstawiający się jako mąż opatrznościowy mający oczyścić przegniłą scenę polityczną. Jego majestat zbladł jednak po objęciu władzy i stracił on w ciągu ośmiu lat niemal całe poparcie (z 42% do 3%). Borysow – były policjant i ochroniarz wieloletniego władcy Bułgarii przed 1989 r. Todora Żiwkowa – był kolejną ofertą taniego, prawicowego populizmu. Objął on władzę pozując na “twardego szeryfa”, który rozprawi się z przestępczą mafią.

Tym razem ludność Bułgarii postanowiła nie stawiać na nową wersję polityka-zbawiciela, ale postawić na siebie w masowym proteście. I dało to efekt – na razie w postaci upadku rządu i nieznacznej obniżki cen prądu. Jeżeli protesty będą trwały i – co ważne – dotrą nie tylko na ulice, ale i do miejsc pracy, ich efekt może być dużo głębszy. Sama zmiana rządu, choć ważna symbolicznie, nie spowoduje bowiem zmiany sytuacji ekonomicznej protestujących. Dlatego ważne jest, że już po dymisji rządu protesty trwały, a nawet się nasilały.

24 lutego demonstracje w bułgarskich miastach były największe od czasu wybuchu niezadowolenia sięgając setek tysięcy ludzi. Prezydent Bułgarii Rosen Plewnelijew próbujący przemawiać na jednej z nich zapraszając do dialogu, został wygwizdany. To jasny wyraz braku zaufania dla polityków. Hasła “mafia” czy “złodzieje” kierowane ku rządzącym stały się wśród demonstrantów bardzo popularne.

Podobnie, jak miało to miejsce w ruchach “oburzonych” w Hiszpanii i innych państwach, wyrazem niechęci wobec oficjalnej “polityki” było to, że flagi partii politycznych były na protestach niemile widziane. Postawa taka, choć zrozumiała, rodziła także problemy. Demonstracje próbowały w niektórych miejscach infiltrować siły nacjonalistyczne kierujące niechęć w stronę mniejszości tureckiej w Bułgarii. Rzekoma “apolityczność” protestów utrudniała jasne odcięcie się od skrajnie prawicowych haseł.

W skali całości społecznej wściekłości był to jednak margines. Ruch stał się faktycznie wyrazem buntu przeciw polityce gospodarczej ostatnich dwóch dekad. Przeciw władzy, i to nie tylko w rządzie, ale także w prywatnych koncernach energetycznych. Już samo to połączenie buntu łączącego sprzeciw wobec władzy politycznej i gospodarczej może być dla nas potężną inspiracją.

Filip Ilkowski

Category: Gazeta - marzec 2013

Comments are closed.