baner.pracdem.stary

Od Iraku po Ukrainę słabnie amerykańska potęga

| 1 października 2014
22.09.14 Kfar Daryan. Syria. Po nalotach USA.

22.09.14 Kfar Daryan. Syria. Po nalotach USA.

Wśród medialnego szumu, oficjalnych komentarzy na temat dżihadystycznego Państwa Islamskiego (ISIS) i jego potępień jedno tylko jest jasne – nikt nie ma pojęcia, co robić.

Barack Obama triumfalnie ogłosił na szczycie NATO w Newport utworzenie „rdzenia koalicji” dziesięciu państw, która ma „osłabić i pokonać” ISIS.

Większość stanowią jednak państwa zachodnie odległe od areny wydarzeń. Są wśród nich Niemcy opierające się zaciekle amerykańskim naciskom, by zwiększyć wydatki na obronę do 2 procent PKB.

David Cameron oświadczył, że ISIS zostanie „przyciśnięte”, ale nie sprecyzował, kto to zrobi.

USA dokonały nowych nalotów na pozycje ISIS, ale ani Waszyngton, ani Londyn nie przewidują wysłania do Iraku wojsk lądowych.

Rozliczne kryzysy, jakie przeżywa amerykański imperializm i jego sojusznicy, mają wspólną cechę. Po pierwsze, Irak, Syria i Ukraina to państwa rozpadające się. Różne są przyczyny tego stanu rzeczy.

Stany Zjednoczone i Brytania rozbiły Irak, dokonując inwazji w 2003 roku. Reżim Baszszara al-Asada podzielił Syrię, reagując na rewolucję 2011 roku rozpętaniem sekciarskiej wojny domowej. Ukraina została rozdarta przez walkę między rywalizującymi gangami oligarchów i ich zagranicznych popleczników – Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej z jednej strony, a Rosji z drugiej.

Rozpad państwa uwolnił jednak lokalne siły, nad którymi trudno zapanować.

Skrajnym przypadkiem jest ISIS, sekciarskie ugrupowanie dżihadystów. Sprytnie i bezwzględnie wykorzystało wojnę w Syrii oraz ludową nienawiść do byłego premiera Iraku Nuriego al-Malikiego, by stworzyć własne państwo. Rywalizujące ze sobą nacjonalistyczne milicje, które walczą na pierwszej linii frontu na południowym wschodzie Ukrainy, też jednak pasują do tego wzoru.

Po drugie, kryzysy, o których mowa, uległy zaostrzeniu z powodu działań pobliskich państw.

Najbardziej oczywistym przykładem jest Rosja – stosunkowo słabe państwo imperialistyczne, broniące się przed okrążeniem go przez USA i NATO. Cała zachodnia wrzawa o nowej zimnej wojnie i nikczemności Władimira Putina nie daje najmniejszego pojęcia o jego strategii.

Dmitrij Trenin z Moskiewskiego Centrum Carnegie wyjaśnił na łamach „Financial Times”: „Zwiększając w ostatnich tygodniach rosyjskie zaangażowanie na wschodzie Ukrainy i wysyłając tam regularne rosyjskie wojska, pan Putin dał Kijowowi do zrozumienia, że nie pozwoli wojsku ukraińskiemu pokonać prorosyjskich rebeliantów”.

Jak stwierdził Trenin, Putin „położył na szali palec, a nie całą pięść. To wystarczyło, żeby uniemożliwić zwycięstwo wojsk ukraińskich”. Dodał, że głównym celem prezydenta Rosji jest „zapewnienie Moskwie dostatecznych wpływów, by mogła decydować o tym, co dzieje się w Kijowie” i zapobiec przystąpieniu Ukrainy do zachodnich sojuszów, takich jak NATO.

W przypadku Syrii i Iraku też widzimy Rosję oraz Iran. Islamska Republika ma szczególne znaczenie jako główny sojusznik Asada i Malikiego, a także Hezbollahu, szyickiego ruchu islamskiego w Libanie.

Działają też jednak Arabia Saudyjska i państwa Zatoki, powszechnie oskarżane o wspieranie ISIS i Dżabhat an-Nusra, oficjalnego ramienia Al-Kaidy w Syrii. Rola Turcji – jedynego państwa bliskowschodniego w „rdzeniu koalicji” Obamy – jest niejednoznaczna.

Stany Zjednoczone, starające się narzucić swoją wolę tym lokalnym siłom, ograniczone są przez brak gotowości do wysłania wojsk.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie rozważa możliwości poważnej operacji Zachodu na Ukrainie. Okupacja Iraku czyniła Stany Zjednoczone bliskowschodnią potęgą o ogromnych możliwościach militarnych, z którymi inne państwa musiały się liczyć. Już tak nie jest.

Sam fakt, że kryzysów jest aż tyle, ogranicza Waszyngtonowi pole manewru. Obama, jego sprzymierzeńcy i oponenci muszą uwzględniać w swoich kalkulacjach to, że Stany Zjednoczone nie mogą ani uwagi, ani zasobów skupiać na jednym tylko kryzysie.

I nie chodzi wyłącznie o Ukrainę i Bliski Wschód, jest jeszcze Azja Wschodnia, gdzie pojawiło się najpoważniejsze na dalszą metę zagrożenie dla amerykańskiej hegemonii, jakim są Chiny.

Nie powstrzyma to Stanów Zjednoczonych przed wściekłym zadawaniem ciosów. Ale coraz bardziej wygląda na to, że amerykański imperializm znalazł się w matni.

Alex Callinicos

(Artykuł z 09.09.2014)

Tłumaczyła Hanna Jankowska

Category: Gazeta - październik 2014

Comments are closed.