baner.pracdem.stary

Wybory prezydenckie, lewica i walka pracownicza

| 1 marca 2015
Piotr Ikonowicz i Anna Grodzka na pochodzie pierwszomajowym w 2013 r. Potrzebujemy szerokiej, niezależnej lewicy.

Piotr Ikonowicz i Anna Grodzka na pochodzie pierwszomajowym w 2013 r. Potrzebujemy szerokiej, niezależnej lewicy.

Kampania przed wyborami prezydenckimi jak na razie jest beznadziejnie nudna, czego nie zmąca pojawianie się kolejnych osób kandydujących, niewnoszących wiele więcej poza własnymi rumianymi twarzami na ulotkach.

Dominuje kiepski teatr i rywalizacja wizerunkowo-medialna.

Od strony politycznej trudno znaleźć istotne różnice między głównymi kandydatami oferującymi rozmaite wersje tego samego “wspierania przedsiębiorczości” czy należnego “miejsca Polski na arenie międzynarodowej” – oczywiście, by w końcu skutecznie powstrzymać Putina… Do tego zawsze kilka niezawodnych banałów o losie młodych, starych i kogo tylko chcecie.

To wszystko w wersji liberalno-europejskiej albo konserwatywno-klerykalnej. Albo ich połączeniu w osobie jowialnego ojca narodu w postaci urzędującego prezydenta.

Słowami rewolucjonistki sprzed stu lat Róży Luksemburg rzecz można, że obserwujemy brudną pianę na stojącej wodzie kapitalistycznego parlamentaryzmu.

Największym problemem jest ta stojąca woda. Konflikty w górnictwie, które wybuchły na przełomie stycznia i lutego natychmiast stając się najważniejszym faktem politycznym w kraju, zostały chwilowo wygaszone, a kolejne grupy pracowników nie podjęły jeszcze walki na większą skalę.

Szybko może się to zmienić, zważywszy na szykujące się protesty pocztowców, pielęgniarek czy kolejarzy (patrz s. 9).

Tymczasowo jednak woda konfliktu klasowego stoi, a – jak wiadomo – w stojącej wodzie na wierzch wypływają szumowiny. I właśnie one chwilowo nadają ton wyborczej kampanii.

To wszystko nie znaczy, że wyborami prezydenckimi nie powinniśmy się interesować. Nie dlatego, że kolejny prezydent coś zasadniczo zmieni w naszym życiu. W istocie, nawet wyposażony w znacznie szersze kompetencje parlament sprawuje tylko namiastkę władzy w społeczeństwie kapitalistycznym.

Żadne wybory nie dotyczą władzy możnych kapitału – tych, którzy rządzą naszymi miejscami pracy. To oni stanowią prawdziwą klasę rządzącą, i swej władzy nie oddadzą, nawet jeśli jakimś cudem w wyborach parlamentarnych czy prezydenckich zwyciężyłyby w nich siły chcące to uczynić.

Żadna klasa panująca w historii nie oddała nigdy dobrowolnie swej władzy ekonomicznej i bogactwa.

Jednak ceną dzisiejszych panujących za istnienie “demokratycznego” stempla na ich władzy – w postaci wyborów powszechnych do różnych instytucji państwowych – jest dopuszczenie do wyborów nich także krytyków istniejącego porządku (przynajmniej do momentu, gdy staną się groźni).

Niewykorzystywanie tej sprzeczności byłoby dobrowolnym skazywaniem się dodatkową marginalizację. Miliony ludzi, jakkolwiek zainteresowanych polityką, chcąc nie chcąc śledzi kampanie wyborcze, wypatrując bliskiego sobie głosu.

W obecnych wyborach prezydenckich nie jest inaczej.

Głos protestu niezamożnych

Naszym zdaniem start w każdych wyborach, który umożliwia nam dzisiejsza namiastka demokracji, powinien więc mieć na celu wyrażenie niezadowolenia i wzmocnienie strony pracowniczej w zasadniczym konflikcie między pracą a kapitałem.

Głosowanie ma więc sens, i bynajmniej nie jest wszystko jedno, czy głosy otrzymują osoby popierające dzisiejszy stan rzeczy, czy utożsamiające się i utożsamiane z buntem przeciw niemu. Nawet osoby wciąż mające iluzje w reformowaniu dzisiejszego systemu mogą ten protest wyrażać.

Co równie ważne, bunt niejedno ma imię, a istnienie głosu kierującego niezadowolenie ku rzeczywistym oligarchom nie oddaje pola różnym wersjom chybionej i toksycznej polityki szukania “kozłów ofiarnych”, typowej dla drobnokapitalistycznej prawicy. Widzimy je także przy okazji obecnych wyborów – od groteskowego szukania źródła problemów w nieodpowiednim systemie wyborczym, po – w dużo groźniejszej wersji – ataki na mniejszości narodowe i seksualne, czy tragikomiczny pogląd, że to wszystko przez “komunę” (po 25 latach od jej upadku).

Pytanie, czy w obecnej kampanii wyborczej pojawiła się osoba jakkolwiek wyrażająca sprzeciw wobec niskich płac, bezrobocia, czy zapaści w ochronie zdrowia przy jednoczesnych wielkich wydatkach na zbrojenia, łącząca te zjawiska z niesprawiedliwością kapitalizmu?

Nie mógł stać się nią choćby Piotr Ikonowicz – z którym działamy w ramach Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Wciąż bowiem wlecze się za nim, uniemożliwiająca mu start w jakichkolwiek wyborach, sprawa wyroku za rzekome pobicie kamienicznika w czasie blokady eksmisji na bruk starszego małżeństwa piętnaście lat temu. Sprawa poza wszystkim pokazująca charakter polskiej “demokracji”…

Nie jest jednak tak, że nie ma żadnych kandydatur, którym nie warto się przyjrzeć. I nie chodzi tu ani o milionera-Palikota, który już przestał nawet udawać lewicę, ani o Magdalenę Ogórek, której problemem nie jest to, że nic nie mówi, ale że jest dużo gorzej, gdy już coś powie nie odbiegając od poglądów liberalno-konserwatywnej prawicy. Mamy jednak kandydatury Wandy Nowickiej i Anny Grodzkiej, choć pozostaje kwestią otwartą czy którejkolwiek z nich uda się zebrać 100 tys. wymaganych podpisów. Czy głos na te postacie wyraża sprzeciw wobec oligarchów? Czy ich ewentualny dobry wynik doda pewności siebie światu pracy?

Na plus obu trzeba zapisać, że będąc jeszcze w klubie Ruchu Palikota obie, wbrew stanowisku własnej partii głosowały, przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego. Jednak w przypadku Nowickiej odpowiedź wydaje się negatywna – w istocie trudno znaleźć racjonalny powód zgłoszenia jej kandydatury przy istniejącej już kandydaturze Grodzkiej.

Nowicka poparta została przez kilka niewielkich ugrupowań (z Unią Pracy jako największym podmiotem), których, co kluczowe, próżno szukać w toczących się konfliktach społecznych ostatnich lat. Sama Nowicka jest oczywiście ważną postacią ruchu feministycznego – co jest jej wielkim atutem. Ten atut to jednak trochę za mało.

Start Anny Grodzkiej

Anna Grodzka została zgłoszona jako kandydatka Partii Zieloni i kilku niewielkich stowarzyszeń. Przemawia za nią nie tylko obrzydliwy atak części prawicowych mediów ze względu na jej transseksualność, ale uczestnictwo w protestach społecznych. Poza tym Grodzka w ostatnich miesiącach składała w Sejmie projekt ustawy o ochronie lokatorów, przygotowany we współpracy z Agatą Nosal-Ikonowicz i środowiskiem Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Zabiega także o poparcie związków zawodowych.

Trudno zapomnieć, że Grodzka w przeszłości należała zarówno do SLD, jak i do Ruchu Palikota – co nakazuje ostrożność w kontekście jej ewentualnych przyszłych poszukiwań politycznych sojuszników.

Uważa się jednak za socjalistkę, i można śmiało stwierdzić, że na tle innych kandydatur w obecnych wyborach zasługuje na poparcie osób o szeroko rozumianych poglądach socjalistycznych.

Ruch Sprawiedliwości Społecznej, w którym działa środowisko Pracowniczej Demokracji, także takiego wsparcia udziela.

Problemem Grodzkiej jest jednak fakt, że od początku jest kandydatką jednej partii.

W naszej opinii zadaniem na dziś jest budowa wielonurtowej, ale konsekwentnej lewicy, która jest socjalna, pracownicza, niezależna od imperialnych interesów i stojąca po stronie dyskryminowanych. Innymi słowy zupełnie innej niż te siły, które się za lewicę powszechnie uważa – SLD i partię Palikota.

Kryzys obu tych pseudolewicowych partii to dodatkowy argument na rzecz palącej potrzeby powstania formacji wyrażającej interesy pracowników i ludzi niezamożnych. Sukces greckiej Syrizy, mimo wszystkich jej problemów, jest dodatkową inspiracją na rzecz takiej jedności.

Start w wyborach prezydenckich powinien być krokiem ku wspólnej liście w wyborach parlamentarnych, na której byłoby miejsce dla Zielonych, RSS, rewolucjonistów i reformistów, zrzeszonych i niezrzeszonych – wszystkich utożsamiających się ideowo i własnym działaniem z krytyką kapitalizmu.

Najlepiej byłoby więc, gdyby już w wyborach prezydenckich udało się wyłonić kandydaturę szerszej niezależnej lewicy.

Oczywiście, na to jest już za późno. Jednak dobrze by było, gdyby Anna Grodzka głosiła potrzebę takiej jedności i promowała własną kandydaturę jako wykraczającą poza jedną partię, nie malując jej tylko w zielonych kolorach.

Patrząc w przyszłość warto traktować poparcie dla niej właśnie jako krok ku wspólnemu startowi w jesiennych wyborach.

Filip Ilkowski

Category: Gazeta - marzec 2015

Comments are closed.