baner.pracdem.stary

UKRAINA: Rok zawiedzionych nadziei

| 1 marca 2015
Polscy żołnierze jadą na Ukrainę.

Polscy żołnierze jadą na Ukrainę.

Pierwsza rocznica obalenia Janukowycza. Mówiąc krótko: nadzieje, które poszły w piach. I to czasem w najbardziej dosłownej, tragicznej wersji, patrząc na już ponad sześć tysięcy ofiar idiotycznej wojny na wschodzie Ukrainy. Nadzieje, które musiały pójść w piach przy takim kształcie protestów.

U ich szczytu protestowały setki tysięcy ludzi, przeciw represyjnej władzy, korupcji, oligarchom. To, co otrzymali to represyjna władza, korupcja i oligarchowie w nowym opakowaniu.

Nie dlatego, że “tak jest zawsze”. Konserwatywne zarzuty o “obaleniu legalnej władzy” są tu też nie na miejscu. Podobnie jak doszukiwanie się w całym ruchu od początku do końca ukartowanego spisku ze z góry rozpisanymi rolami.

Oczywiste jest, że siły wyposażone we władze i pieniądze wpływały na ruch na Majdanie na rozmaite sposoby. W poprzedniej dekadzie “kolorowe rewolucje” były widziane jako tania metoda zmiany władzy na prozachodnią – i pokusa ta nie przestała istnieć, choć Ukraina jej skompromitowaną wersję już przeżyła w 2004.

To wszystko nie oznacza jednak, że ruch nie miał własnej dynamiki wyrażając rzeczywisty gniew na rządzących. Prawicowi politycy czy prozachodnie NGO-sy mogły zapewnić infrastrukturę i grupy aktywistów, ale nie mogły opłacić setek tysięcy ludzi. Dodajmy, że ludzi często bardzo nieufnych wobec politycznych liderów po wcześniejszych doświadczeniach.

Próba siłowej pacyfikacji

Protest faktycznie masowego rozmiaru nabrały dopiero w grudniu 2013 r. po próbie jego siłowej pacyfikacji przez jednocześnie spanikowaną i czującą się zbyt pewnie władzę. Jednak bazą dla jego rozwoju była zapaść gospodarcza, faktyczna katastrofa całego okresu transformacji. Nawet na tle innych dotkniętych nią państw Ukraina przedstawiała rozpaczliwy obraz, będąc jedynym państwem dawnego Bloku Wschodniego, które w 2013 r. miało niższy Produkt Krajowy Brutto niż w 1992 r.

Nawet jeśli zachodni imperializm od lat wspierał bliskie mu siły na Ukrainie, czołowe mocarstwa wydawały raczej zaskoczone wydarzeniami – o czym świadczą poważne rozbieżności w taktyce odnoszenia się do nich nie tylko wewnątrz UE, ale i wśród administracji amerykańskiej.

Generalnie dla USA, z ich “zwrotem ku Azji”, Ukraina z pewnością nie stanowiła głównego pola zainteresowania (ku rozpaczy polskich rządzących). Nie zmienia to faktu, że zachodnie mocarstwa starały się wykorzystać i ukształtować protest we własnym interesie. Nie było to trudne, gdyż pomimo rzeczywistego gniewu społecznego, jego charakter od początku negował możliwość realizacji nie tylko społecznej, ale nawet demokratycznej zmiany, wpisując się zarówno w rywalizację mocarstw o Ukrainę, jak i rywalizację różnych grup oligarchicznych na Ukrainie.

Grzechem pierworodnym Majdanu było jego zakleszczenie w ramach rozmaitych ideologii drobnomieszczaństwa (czy, jak kto woli, klasy średniej) – toksyczna mieszanka mitu Zachodu i nacjonalizmu. Dlatego protesty nie były tym samym, co np. rewolucje przeciw satrapom w Egipcie czy Tunezji. Na Ukrainie nie mieliśmy do czynienia z po prostu demokratycznym ruchem społecznym przeciw represyjnej władzy, gdzie, jak zawsze w takich ruchach, objawiają się rozmaite siły i wizje polityczne.

W tym przypadku był to ruch programowo dążący do włączenia się do “zachodniego świata” utożsamianego z Unią Europejską. Majdan od początku był EURO-Majdanem, stowarzyszenie z UE zastępowało socjalne hasła i postulaty. Poza wszystkim uniemożliwiało to zjednoczenie w ramach całego kraju na wspólnej antyoligarchicznej podstawie. Po roku można z ironią zauważyć, że ruch odniósł swój “sukces” – Ukraina podpisała umowę z UE. Tyle, że podpisał ją prezydent-król czekolady, jeden z najbogatszych Ukraińców, który chce drastycznych “reform gospodarczych”, UE i NATO. Poroszenko – oligarcha prowadzący wojnę.

Triumf opcji euro-narodowej wywołał bowiem lęki tej części ludności, która odrzucała zarówno opcję euro (o NATO już nie mówiąc), jak i opcję nacjonalizmu spod znaku UPA. Nacjonalizmu, który jako zorganizowana siła wśród protestujących był jak najbardziej realny, tak jak wejście faszystowskich ugrupowań jako “bojowników Majdanu” do głównego nurtu polityki.

Lęki też były rzeczywiste. Gdy mocarstwa zachodnie grały na złudnych nadziejach, znalazło się też mocarstwo grające na tych lękach, przedstawiając nowe władze Ukrainy jako “faszystowską juntę”. Nie po raz pierwszy zresztą oficjalny “antyfaszyzm” był po prostu ideologicznym trickiem wielkoruskiego nacjonalizmu – posługiwano się nim już przy tłumieniu rewolucji w NRD w 1953 r. i na Węgrzech w 1956 r.

Poroszenko to skompromitowany prozachodni polityk i oligarcha, a nie nowy Hitler czy Mussolini. Nowa władza szybko zatroszczyła się zresztą o parlamentarny stempel dla siebie, a wkrótce umocniła go nowymi wyborami. Po Majdanie mamy ten sam skorumpowany parlamentaryzm – tyle, że bez części dawnych aktorów – a nie nową III Rzeszę.

Nie zmienia to faktu, że udział rzeczywistych faszystów w rządzie po ucieczce Janukowycza, ich swobodne panoszenie się na ulicach, a dziś znaczący udział w rozmaitych “batalionach ochotniczych” walczących na wschodzie – tworzonych w dużej mierze za pieniądze jednego z oligarchów mianowanego gubernatorem Dniepropietrowska – ułatwiają karykaturalne przestawianie wydarzeń sprzed roku jako jednocześnie antyrosyjskiego i faszystowskiego puczu.

Demonstracje przeciw nowym władzom pojawiły się więc bardzo szybko. Wznoszono na nich hasła, że “faszyzm nie przejdzie”, wielu bez wątpienia motywował gniew wobec oligarchów – których nowa władza wstawiała na wschodzie kraju jako własnych namiestników – ale głównym hasłem była “Ra-si-ja!”. Receptą na ukraiński nacjonalizm stał się wielkoruski szowinizm.

Sama Rosja oczywiście nie pozostała bierna w tej grze, bez walki zajmując Krym i nie dając zginąć późniejszej wielkoruskiej rebelii wokół Doniecka i Ługańska (pod nazwą “Noworosji”). Liderzy rebeliantów byli i są niewiarygodną zbieraniną watażków, szem- ranych biznesmenów, niewydarzonych polityków, kozackich atamanów, proputinowskich cyników, stalinistów, antysemitów i faszystów w “euroazjatyckiej” wersji, zarówno lokalnych, jak i z rosyjskiego importu, połączonych w całość orientacją na Rosję.

Opanowane przez siebie tereny nazywali “republikami ludowymi”, nawiązując do imperialnej glorii ZSRR, czyli wielkoruskiego nacjonalizmu w “ludowym” przebraniu.

Z flag “Noworosji” jedna przypominała tę rosyjskiej marynarki wojennej i amerykańskich Konfederatów z wojny secesyjnej, druga była odwróconą flagą carskiego imperium z XIX wieku.

Prymitywna ocena sytuacji

Polskie media widzą w tej rebelii po prostu rosyjski atak na Ukrainę, jakby wszyscy separatyści byli poprzebieranymi “zielonymi ludzikami”.

Ta dość prymitywna ocena sytuacji poza wszystkim pomija fakt, że z wojskowego punktu widzenia Rosja mogłaby bez problemu opanować całą Ukrainę – jak USA niegdyś opanowały Irak – ale narażając się później na wyniszczającą walkę z partyzantką różnej maści.

Rosja woli grać i dozować wsparcie – sprzętem i “ochotnikami” – tak gdzie może liczyć na jakikolwiek oddźwięk.

Czasami zresztą rzeczywistymi ochotnikami – ci są zwykle najgorsi, bo opętani ideologią, gotowi oddać życie za wielką ojczyznę, cara i wiarę prawosławną. Tutaj także – podobnie, jak po stronie ukraińskiej – najpaskudniejsza polityka nacjonalizmu dominuje wśród “batalionów ochotniczych”.

Po roku od gorzkiego triumfu Majdanu słabe są widoki na przecięcie tej spirali gry mocarstw i rywalizujących nacjonalizmów.

Iskierką nadziei jest fakt, że zarówno armia rządowa, jak i separatyści mają ewidentne problemy z poborem do wojska.

Najwyraźniej ludzie nie chcą dać się zabić w głupiej wojnie, która na pewno nie toczy się w ich interesie.

Budowa ruchu antywojennego, zarówno po stronie ukraińskiej, jak i separatystów, jest jednak bardzo trudna – także z powodu istnienia zorganizowanych i uzbrojonych sił nacjonalistycznych, z którymi wszelkie protesty musiałyby się nieuchronnie zmierzyć.

Z drugiej strony śmierć na wojnie, postępująca nędza i nienawiść do oligarchów są bardzo rzeczywiste, choć brak alternatywy politycznej zestawiającej je w całość jest tu poważną słabością.

Czego możemy domagać się w tym kontekście od polskich rządzących?

Obok zaprzestania wspierania zachodniego imperializmu na Ukrainie (włącznie z planami wysyłania własnych wojskowych “doradców”) i wykorzystywania ukraińskiej tragedii dla przepchnięcia gigantycznego programu zbrojeń, na pewno warto żądać jak najszerszego otwarcia granicy dla wszystkich uciekających przed mobilizacją.

Spoglądając na kolejny rok można żyć tylko cieniem nadziei, że dekowników wzmocnią ruchy antywojenne i pracownicze, występujące o prawdziwą zmianę poprzez dobranie się do majątków oligarchów wszelkich opcji.

Filip Ilkowski

Category: Gazeta - marzec 2015

Comments are closed.