baner.pracdem.stary

Polska militaryzacja – Jedność armatnia

| 1 września 2015
15.08.15 Warszawa

15.08.15 Warszawa

“Cisną mi się na usta słowa naszej starej tradycyjnej wojskowej piosenki: “lśnij polska broń jak złotych kłosów łan”. Niech lśni coraz jaśniej.” Czy to słowa z jakiegoś taniego kabaretu? Niestety, z kabaretu bardzo drogiego. Ich autorem jest prezydent Andrzej Duda w pompatycznej pozie w czasie sierpniowej defilady wojskowej. Nie omieszkał dodać, że żołnierze “pokazują wielkość Polski”, która jest “coraz silniejsza”.

Duda nie był jednak samotny, i nie chodzi tylko o licznie zgromadzoną generalicję. Podobno rekordową w liczbie zwiezionych żołnierzy i sprzętu Wielką Defiladę z równym nadęciem przyjmowała premier Ewa Kopacz, wicepremier Janusz Piechociński i szef MON Tomasz Siemoniak. Nie zabrakło też Jerzego Wenderlicha i Wandy Nowickiej ze Zjednoczonej Lewicy. Podczas “mszy za ojczyznę i w intencji Wojska Polskiego” do jedności – by nie zachęcać “wrogów do agresji” – wezwał też generał w sutannie, biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek.

Faktycznie ta jedność to nic nowego. Żadna partia parlamentarna nie krytykowała przyjętego dokładnie dwa lata temu, we wrześniu 2013 r. (czyli jeszcze przed wydarzeniami na Ukrainie) ogromnego program militaryzacji, szacowanego obecnie na ok. 140 mld zł do 2022 r. Nie słyszeliśmy także krytyki rządowego projektu z lutego tego roku zwiększenia wydatków budżetowych na “obronę narodową” do 2% PKB rocznie. Także czołowe media, które zawsze są pierwsze do wskazania, że na coś “nie ma pieniędzy”, w tej sprawie tego problemu nie dostrzegają. Jak słyszymy, na bezpieczeństwie oszczędzać nie można – jeśli tylko nie jest to bezpieczeństwo socjalne.

Charakterystyczne jest, jak szybko Duda odnalazł wspólny język z Siemoniakiem. Gorący konflikt PO i PiS na tym polu przekształca się w gorącą współpracę dotyczącą zarówno wielomiliardowych zakupów dla wojska, jak i lokalizacji w Polsce jak największej liczby żołnierzy USA, najlepiej w stałych bazach. W pierwszym zagranicznym wywiadzie, jakiego udzielił nowy prezydent dla Financial Times (13.08), padły więc słowa, że “jeżeli Polska i inne kraje centralnej Europy stanowią realną flankę NATO, (…) bazy powinny być rozlokowane w tych krajach.”

Niedługo wcześniej, 24.07, w tym samym duchu wypowiadał się Siemoniak. Przy okazji wspólnych ćwiczeń ok. 2 tys. wojsk NATO i Ukrainy w okolicach Lwowa szef MON stwierdził, że “bardzo życzylibyśmy sobie tego, żeby ta ciągła rotacyjna obecność [żołnierzy USA w Polsce] przeistoczyła się w obecność stałą”, i że “walczymy o to, żeby docelowo właśnie w Polsce znalazły się te bazy [amerykańskiego ciężkiego sprzętu wojskowego]”.

W duchu zgody i jedności wypowiada się także czołowy ekspert SLD w sprawach wojska, europoseł i były wiceminister obrony Janusz Zemke. Nie omieszkując przy tym wskazać na zasługi własnej formacji (Gazeta Pomorska, 17.08): “Kiedy SLD zdobył władzę, to nikomu z nas nie śniło się kontestowanie poczynań poprzedników. Po naszym odejściu krytykowano zakup Rosomaków i samolotów F-16, a w sobotę podczas defilady usłyszałem, że to duma Wojska Polskiego.” Zemke dodał także, że w możliwość budowy w Polsce stałych baz NATO nie wierzy, ale w związku z tym “powinno nam zależeć na magazynach sprzętu i uzbrojenia oraz najczęstszych ćwiczeniach i szkoleniach żołnierzy sojuszu”.

Polska “klasa polityczna” próbuje nam wmówić, że zbrojenia i bazy NATO są w interesie wszystkich. Oczywiście głównym argumentem jest: “bo Rosja”. Pamiętajmy jednak, że głównym argumentem dla zbrojeń w Rosji jest: “bo NATO”. W obu jest w pewnym sensie ziarno prawdy. Inaczej nie mogłyby być skuteczną bronią dla przekonywania niezamożnych ludzi, że ogromne wydatki na militaria są czymś innym niż kolejnym ciężarem wrzucanym na ich plecy.

Czyli Rosja faktycznie stara się bronić wszelkimi sposobami tego, co uznaje za własną “strefę wpływów” na terenie dawnego ZSRR, a NATO faktycznie zbliża się coraz bardziej do rosyjskich granic dążąc do wciągnięcia w swą orbitę kolejnych państw. Mamy więc do czynienia nie z jednym imperializmem, ale z ich zderzeniem w Europie Wschodniej. Ostatecznie za tymi imperializmami stoją interesy panujących (politycznie i gospodarczo) w każdym z państw.

Dotyczy to także Polski, która bynajmniej nie jest tu bierną ofiarą, ale aktywnym graczem posiadającym strategię przekształcania państw regionu post-ZSRR we własnym interesie. Ewentualne stałe bazy NATO w Polsce nie tylko dodatkowo umocniłoby przywiązanie do machiny militarnej USA – a wraz z nim ryzyko uczestnictwa w kolejnych wojnach na całym świecie. Pozwoliłoby też polskim panującym na jeszcze bardziej “odważne” wyskoki w regionie, co zwiększyłoby tylko wyścig zbrojeń i ryzyko konfliktów.

Otwarta wojna z Rosją, czy też jej “najazd” na Polskę, jest dziś kompletną bajką dla tumanienia społeczeństwa, w którą nie wierzą nawet nasi władcy. Jednak ingerencja rywalizujących mocarstw, jak i państw chcących być przynajmniej ich miniaturową wersją (jak Polska), podsycających we własnym interesie różne konflikty między lokalnymi siłami w regionie, jest jak najbardziej możliwa.

Interesy pracowników i wszystkich ludzi niezamożnych są temu przeciwne, dlatego ich solidarna współpraca ponad granicami przeciw oligarchom i militarystom jest tak istotna. Zwalczanie militaryzmu u sąsiada, bez zwalczania go przede wszystkim u siebie, byłoby w istocie postawieniem się na końcu ogona własnych rządzących.

 Filip Ilkowski

Tags:

Category: Gazeta - wrzesień 2015

Comments are closed.